FANDOM


Tajemnica Margorii

W każdym przesmyku leżały kości. Kości Darhiunów. Oddział Tervila posuwał się dalej. Byli już gotowi na spotkanie z jak narazie najsilniejszymi mieszkańcami Labiryntu Margorii- krasnoludami. Przystaneli tylko na chwilę, aby napic się krystalicznie czystej wody, wypływającej z czarnej ściany. Nie obawiali się zasadzki ponieważ Darhouny oraz Dławiciele unikały światła, a na ziemi stały dwie latarnie. Poza tym, to było prawie zbytecznie- wysoko nad ich głowami widniał otwór, który przepuszczał pojedyncze promienie słońca. To znaczy przepuszczałby, gdyby słońce świeciło. Nie mogło z prostego powodu - była noc. Kiedy Tervil ze swym oddziałem odpoczęli, posuwali się dalej. Tervil miał w swoim rynsztunku najlepszy topór, tarczę, zbroję... Jego żołnierze również nie byli gorsi. Zbliżali się już do źródła ciepła, gdzie przebywały krasnoludy, gdy Tervil zauważył, że kilku jego żołnierzy zniknęło.

Zatrzymał wszystkich i rozkazał przygotować się do walki. Czekali pięć, dziesięć, piętnaście minut. Nic się nie działo. Tervil dał rozkaz do dalszego marszu. Sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy, aż zostało z nim ostatnich trzech żołnierzy. Rozkazał trzymać się blisko siebie i utworzyć coś w rodzaju kwadratu, którego środkiem była pustka między plecami żołnierzy. Uszli tak niezły kawał drogi, kiedy nagle z prawej strony coś wyskoczyło. Tervil zrobił unik, zahaczając o to coś. Rozległ się wrzask, może kwik... Jego żołnierze również nie próżnowali. Gdy atak się zakończył, Tervil zapalił świecę i zbliżył się do zwłok. Nie mógł rozpoznać do jakiego stworzenia należą przez długi czas, a kiedy dotarła do niego straszna prawda, jego czoło pokryło się potem. To były najgorsze poczwary zamieszkujące Margorię - Kaldy. Wyglądały właściwie dokładnie tak jak harpie, ale były mniejsze. Nie młodsze, tylko po prostu trochę mniejsze i przyzwyczajone do mroku. Tervil wydał szybki rozkaz i wszyscy ruszyli dalej. Dowódca nie bał się już Kald, ale tego, co przychodzi zwykle po nich...Edytuj

Znów coś, tym razem ze strasznym, mrożącym krew w żyłach wrzaskiem wyskoczyło z lewej strony. Tervil już się nie wahał - z okropnym bojowym rykiem rzucił się na zjawę. Zjawa ta nie miała określonego kształtu ani nazwy - była tym, co każdy człowiek kochał i wielbił najbardziej. Wielu objawiała się jako żona, matka, siostra, brat... Z Tervilem było nie inaczej. Zjaw wciąż przybywało. Młody dowódca pogodził się już ze śmiercią i zastanawiał się, co będą mówili inni poszukiwacze przygód, patrząc na jego spróchniałe kości. W końcu upadł, ale ku swemu zdziwieniu zobaczył, że nie krwawi. Gdy się podniósł, zobaczył straszną prawdę - zamiast rąk miał kościste dłonie, zamiast tułowia żebra wystające spod zbroi... Chciał krzyknąć, lecz nie mógł. Usiadł więc i chciał również zapłakać nad swoim losem, ale tego też nie mógł zrobić - nie posiadał oczu, a jednak widział wszystko. Powoli zaczęła również działać czarna magia, którą przedtem zjawy przeklęły jego tarczę. Tervil nie był już pięknym, młodym dowódcą z Ithan. Był kościotrupem. Postanowił w duchu, że będzie stał w przejściu, tam, gdzie go zabito dla przestrogi innym - tak też zrobił. Większość zawracała. Kiedy jednak próbowali przemknąć obok, wpadał w furię i w tej furii atakował. Wtedy całe Margonem nazwało Tervila Piekielnym Kościejem.Edytuj